Stowarzyszenie Żeglarskie Samoster

Quo vadimus nautae? Quocumque ventis et undis agimur...

Need for speed dla tych co nie byli

W poniedziałek 08.12.2008 na samosterowym spotkaniu w Tawernie za Horyzontem gościliśmy Romana Paszke, żeglarza, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Przez niemal dwie godziny Roman opowiadał i odpowiadał na pytania i robił to w sposób niezwykle interesujący.

Swą opowieść rozpoczął od pierwszego projektu, jachtu Gemini, budowanego pod koniec lat osiemdziesiątych, To były trudne początki w czasach, gdy w sklepach dominował ocet, a na drogach maluch odpalany kijem od szczotki. Ale mimo trudności, dziś już nieznanych, jacht powstał i stanął na starcie pierwszego wyścigu. A jak go ukończył? Na ostatnim miejscu, dwa okrążenia za przedostatnim. Kolejnego dnia, następny wyścig skończył się podobnie. I już mogłoby się wydawać, że zbudowali zły jacht, gdyby nie eksperyment z załogą jachtu regularnie zajmującego czołowe miejsca w regatach. Ot, zamienili się jachtami i... znów byli dwa okrążenia, tym razem za swoim Gemini. Potrzeba było jeszcze trzech lat ciężkiej pracy załogi i wreszcie Gemini pod Romanem wygrał pierwszy wyścig.

Dalej Roman opowiadał o tym, jak profesjonalnie musi być przygotowany każdy członek załogi jachtu regatowego. Jest to sport na najwyższym światowym poziomie i w czasach, gdy po 96 godzinach regat, dystanse pomiędzy kolejnymi jachtami liczone są w sekundach i gdy decyduje ilość popełnionych błędów, to nie ma mowy o jakimkolwiek odpuszczaniu sobie i załodze.

Podczas spotkania oczywiście nie zabrakło pytań o Biotona, a właściwie eks-Biotona. Jacht jest przygotowany do żeglugi, ale do realizacji projektu próby bicia rekordu samotnego opłynięcia globu brakuje jeszcze funduszy. A fundusze potrzebne są niemałe. Trwają rozmowy, być może wiosną coś się wyjaśni. Bioton jest wspaniałym jachtem. Żegluje grubo ponad 35 węzłów i był nawet obiektem interwencji niemieckiego coastguardu ze względu na... nadmierną prędkość. Jacht żeglował 28 węzłów w strefie rozgraniczenia ruchu, gdzie jak się okazało było dozwolone 20 i nawet szybka jednostka coastguardu nie mogła go doścignąć. Skończyło się na pouczeniu.

Było też o Warcie-Polpharmie i o znanym wszystkim problemie z pękniętym pływakiem. Było o specyfice żeglowania katamaranem regatowym, zwłaszcza w trudnych, sztormowych warunkach, gdzie na samym takielunku osiąga się ponad 30 węzłów. Było również o wymaganiach stawianych jachtom regatowym, związanych z bezpieczeństwem załogi. Roman z całą powagą stwierdził, że każdemu jachtowi turystycznemu jest bardzo daleko do jachtów regatowych, jeśli chodzi o bezpieczeństwo żeglugi. Począwszy od samej konstrukcji i wytrzymałości kadłuba i takielunku, a skończywszy na wyposażeniu w środki bezpieczeństwa.

Pod koniec padło pytanie, jakie osiągniecie jest dla Romana Paszke najbardziej cenne. Po chwili zastanowienia odparł, że zwycięstwo w Admirals Cup. Oprócz olbrzymiej satysfakcji ze zwycięstwa, Roman szczególnie miło wspomina gratulacje, jakie wówczas otrzymał od Haralda V, króla Norwegii, znakomitego regatowca, z którym niejednokrotnie rywalizował.

Przy tej okazji Roman opowiedział jako anegdotę historyjkę o regatach, w których złamał maszt a następnie stał się właścicielem 11 masztów (po kilkadziesiąt tysięcy marek niemieckich każdy) podarowanych przez konkurentów. Pierwszym darczyńcą był niejaki Harald z Norwegii, wówczas jeszcze następca tronu.

Spotkanie było bardzo ciekawe, a Roman Paszke jest nie tylko znakomitym żeglarzem światowego formatu, ale również wspaniałym gawędziarzem. Wszyscy słuchaliśmy jego opowieści z wielkim zainteresowaniem i pewnie moglibyśmy słuchać ich jeszcze długo. Dziękujemy.

Mariusz Główka (z maleńką wstawką innego autora)

[ 08-12-2008, dodał: AIKI ]


Poniedziałki w Korsarzu

Poleć stronę innym

Ranking stron żeglarskich

Reklama

Druk 3D Warszawa - sklep.12a.pl


Hosting: www.olek.waw.pl | Mapa serwisu | Admin